Dwunasty dzień kwietnia to data, którą w Świętochłowicach zapamiętają na lata. Właśnie tego dnia Śląsk Świętochłowice wrócił do rozgrywek Krajowej Ligi Żużlowej, i to od razu przed własną publicznością. Tego dnia każda z osób funkcyjnych, jak i kibiców, była zmotywowana do swojego działania. Osoby odpowiadające za prowadzenie dopingu spotykały się już kilka dni wcześniej, by przećwiczyć wspólny doping.
Bilety na to spotkanie wyprzedały się w mgnieniu oka, na ponad tydzień do spotkania. Popularna „Skałka” ma trybuny rozciągnięte od wyjścia z drugiego łuku, aż do wyjścia z pierwszego łuku. Gdyby jednak trybuny pojawiły się także na przeciwległej prostej, to prawdopodobnie tego dnia również by się wyprzedały.
Około godziny czternastej na stadionie zaczęli zbierać się kibice. Każdy z osobna czerpał radość z chwili wchodzenia na stadion i procesu szukania swojego miejsca. Chwilę później przemawiali: prezes drużyny, Pan Krzysztof Sichma, trener Krzysztof Bas i prezydent Świętochłowic Daniel Beger. Zwłaszcza temu pierwszemu podczas podziękowań do oczu zaczęły napływać łzy, gdy dotarło do niego, że po 24 latach walki jego lokalna drużyna powróci do ligowego ścigania.
Gdy zawodnicy wyjechali do pierwszego biegu, niektórym osobom zaszkliły się oczy, co skłania nas, kibiców z innych miast, do przemyśleń. Odłożenia czasem niektórych nieprzyjemnych spraw związanych ze swoim klubem na bok i docenienie tej najprostszej rzeczy, którą jest żużel. Euforia na „Skałce” panowała już przed pierwszym biegiem, jednak dobra postawa gospodarzy zaczęła wprowadzać w kibiców w stan nie do uwierzenia.
Podczas całych zawodów stadion żył, każdy krzyczał i cieszył się chwilą, że to właśnie jego drużyna wraca do rozgrywek ligowych. Nawet osoby, które nie do końca znały się na tym sporcie, w trakcie spotkania poznawali dopiero zawodników i tak wspierali Śląsk, bo dla nich to coś więcej niż zwykła drużyna. To lata starań się ich bliskich, aby właśnie w tym mieście wrócił żużel.
Gospodarze zwyciężyli 50:40, stawiając przysłowiowy stempel już w wyścigu czternastym. Po wspólnej radości zawodnikami pod trybunami niektórym ponownie naleciały łzy do oczu. W przeciwieństwie do tego, co dla większości jest standardem, kibice nie opuścili stadionu, tylko zaczęli świętować na jego terenie. Zawodnicy wyszli na scenę, cały czas funkcjonowała strefa kibica, a dzień ten zamknął koncert.
To wszystko skłania nas do refleksji, czym dla nas, jako kibiców, może być żużel. Nasz sport jest niepowtarzalny i wiele osób, nawet gdy się na niego irytuje, to nie zdaje sobie sprawy, co by się stało, gdyby to właśnie z ich miasta zniknął na 24 lata.











